Axalp 2017

Tegoroczny Axalp to była dla mnie szansa na rewanż za odwołane pokazy w roku 2016 (a był to mój pierwszy raz w Axalp). Na szczęście w tym roku obyło się bez wypadków lotnictwa szwajcarskiego, a i pogoda dopisała jak rzadko. Praktycznie nie licząc poniedziałku, cały czas pogoda jak drut! Trzeba przyznać, że w okolicach KP, Tschingla czy Brau dzieje się naprawdę sporo w trakcie pokazów i można tam złapać naprawdę fajne, różnorodne kadry. Największe wrażenie na mnie robiły oczywiście niskie przeloty nad wieżyczką na KP z płn na płd, a więc na Wildgarst. Kiedy nie stoi się na wieżyczce, a trwa zmasowany atak Hornetów w osi płn-płd właśnie, to łatwo któryś z nich przeoczyć, bo dzieje się to naprawdę szybko i emocje sięgają zenitu 🙂

Jednak cały czas z tyłu głowy był Wildgarst… Pierwotny plan zakładał wejście na niego, kiedy tylko nadarzy się okazja (tzn.będzie szedł ktoś, kto zna drogę), jednak okazało się, że z przyczyn ode mnie niezależnych z ekipą, która się tam wybierała we wtorek nie udało mi się zabrać. Cały wtorek spędzony na KP starałem się odnalezć kogoś, kto idzie na Wildgarst, jednak wszyscy o to pytani odpowiadali, że nie idą niestety. A pytałem Polaków, Szwajcarów, Japończyków… Co do tych ostatnich to muszę powiedzieć, że początkowo wzbudzili we mnie nadzieję, ale pierwsza ich grupa napotkana pod wieżyczką stwierdziła po namyśle, że jednak chyba nie będą szli, a Japończyk z drugiej wpierw mówił, że „tak, tak, Wildgarst, idziemy!” z uśmiechem na twarzy, po czym, gdy poprosiłem o pomoc znajomego Seo, aby przetłumaczył mu to po japońsku, okazało się, że to jakieś totalne nieporozumienie, on zwyczajnie nie rozumiał, że pytam o TEN Wildgarst… 🙂 No więc zwątpiłem w tym momencie. Wiedziałem już, że środa znów będzie pod znakiem KP/Tchingla, co zaczynało mnie już naprawdę nużyć. Potrzebowałem adrenaliny! W środę również nie znalazłem nikogo chętnego. I gdy po pokazach razem z Frodo zeszliśmy z Tchingla na Brau, zobaczyliśmy  naszego nowego znajomego Krzyśka, który na Wildgarście był już kilka razy… Od razu przystąpiłem do działania – „Krzysiek, nie wybierasz się na Wildgarst?” Krzysiek: „Wybieram się jutro”. Nie muszę chyba mówić jakie uczucia mi wtedy towarzyszyły – podnieta na maksa i wdzięczność do losu, że zrzucił mi Krzyśka w tamtym momencie na Brau 🙂 Gdyby nie on, wielu fajnych fotek by po prostu nie było, nie mówiąc o przygodzie, jaka wiązała się z wchodzeniem tam.
Snu tej nocy nie miałem zbyt wiele – do chatki wróciłem chyba po 18, zrobiłem sobie obiadokolację, przygotowałem cały niezbędny sprzęt na wyjście i było już po 19. A o 0:30 umówiłem się z Krzyśkiem w Axalp… Dodam, że gdy wróciłem z KP do chatki, podzieliłem się newsem z moimi współlokatorami (w tym z Rzepką, który był na Wildgarście właśnie we wtorek), jednak niespecjalnie podzielali mój entuzjazm – chyba głównie z tego względu, że generalnie najwięcej samolotów przelatuje nad tamtym szczytem w trakcie treningów, zaś ja wybierałem się w ostatni dzień pokazów, co nie wróżyło jakiegoś super ruchu. Ja jednak byłem tak nabuzowany samym wejściem i ewentualnym pofoceniem jak coś przeleci, że nic nie było mnie w stanie zatrzymać czy ostudzić mojego zapału. Po 20 z kurami poszedłem spać, ale nie wiem czy w ogóle zasnąłem, taki to dziwny był sen… Budzik dzwoni o 23:30 – ciężko było. Ale co tam, to jedyna taka okazja, wstaję, jem… śniadanie? O 23:40? 🙂 Na to wygląda. Zgodnie z planem o 0:30 ruszamy z Krzyśkiem powoli i niespiesznie asfaltową dróżką do góry przez Axalp, aż do doliny, z której jeden szlak prowadzi na KP, zaś drugi na Wildgarst. Idziemy w dół, by dotrzeć do wielkiej doliny Alp Tschingelfeld. Muszę przyznać, że będąc tam, odczuwało się naprawdę jedyną w swoim rodzaju atmosferę – pewnego rodzaju tajemniczości, bowiem byłem tam pierwszy raz, a w tle słychać było odbijający się echem od skał spory strumień. Poza tym była noc, a to działa na wyobraźnię 🙂 Z drugiej strony warunki mieliśmy idealne – Księżyc w pełni działał jak latarnia i prawie zero chmur, a więc wszystko to działało na naszą korzyść. Na pierwszy raz lepszych warunków być nie mogło 🙂 I kiedy tak szliśmy sobie naprawdę spokojniutko do góry, gdzieś już za półmetkiem Krzyśkowi zaczęło coś doskwierać. Siedliśmy więc, żeby sobie trochę odpoczął. Przez pewien czas było ok, przeszliśmy z obszarów trawiasto-żwirowych do obszarów czysto skalnych (ale cały czas dość prostych w wędrówce). Tam spotkał Krzyśka drugi kryzys i byliśmy zmuszeni zrobić kolejną, tym razem nieco dłuższą przerwę. Nie powiem, przez myśl przechodziły mi różne rzeczy… Nie wiedziałem co do końca dolega Krzyśkowi – czy to rodzaj choroby wysokościowej (ale było dość nisko, poniżej 3 tys., więc wydało mi się to mało prawdopodobne) czy może coś innego. Gdy tak siedzieliśmy, dogonił nas współlokator Krzysztofa, niejaki Grzegorz. Tempo miał dobre, z Axalp na Wildgarst chyba ok. 3h. Krzysiek po zaaplikowaniu sobie nieco procentów trochę ożył i ruszyliśmy ponownie.

 

W pewnej chwili widać już było na horyzoncie dość stromawe podejście, które wydawało się dość blisko. Wtedy Krzysiek powiedział, żebym szedł sam, on dojdzie później. Tak też zrobiłem, ale co jakiś czas oglądałem się do tyłu aż do momentu, gdy zwyczajnie straciłem go z pola widzenia i nie ukrywam, że trochę się obawiałem o niego, czy aby gdzieś tam nie zasłabnie… Zanim rozpocząłem „atak” na ostatni „pagórek” (jakieś 300m) musiałem wybrać jedną z dwóch ścieżek i do dziś nie wiem, czy dobrze poszedłem, ponieważ musiałem zejść jakieś 10m w dół w śniegu do kolan, po czym wejść z powrotem z innej strony również w kopnym śniegu – nie wiem czy było to potrzebne szczerze mówiąc, ale innej drogi w tamtym momencie nie widziałem.

 

No dobra, ostatnie podejście… Wszystko fajnie, tylko wiało jak cholera, co skutecznie mnie spowalniało. Na tyle, że zacząłem zastanawiać się czy zdążę na pierwszy przelot Horneta. A była godzina 8 rano, może kilka minut przed. Hornety startować miały około 8:30 z Meiringen. Gdy tak powoli wchodziłem po krętej ścieżce (podejście to w zasadzie same płaskie kamloty, taka góra gruzu ) cieszyłem się, że mam ze sobą kijki trekkingowe – bez nich, przy sporym wietrze byłoby nieco trudniej. Ale w głowie pojawiła się pewna wątpliwość – skoro tutaj na podejściu tak wieje, to co będzie na szczycie? Byłem pewien, że jeśli wieje tam tak samo mocno, to chyba nie będzie opcji, żeby robić na luzie zdjęcia. Na górze jednak totalna cisza i spokój 🙂 Od razu poprosiłem Grześka, żeby pokazał mi gdzie jest KP, bo z góry nie byłem w stanie nic wypatrzeć (tym bardziej, że Słońce dopiero wstawało i wszystko było skąpane w cieniu). Powiem tak – KP i okolice są naprawdę daleko w dole, bardzo maciupkie, zaś stanie ze sprzętem nad przepaścią, z której nadlatują myśliwce działa na wyobraźnię. Trzeba nadmienić, że czasem żeby nieprzerwanie wodzić za samolotem obiektywem, jesteśmy zmuszeni nieco się nachylić lub zbliżyć do krawędzi. Tutaj na marginesie powiem, że o gęsią skórkę przyprawiali mnie niektórzy osobnicy, nie bojący się niczego, a już zwłaszcza pewne dziecko w wieku ok 10 lat, które ot tak stało sobie nad samą przepaścią, zaś 2 metry za nim mamusia nie przejmująca się niczym… Miejscami było sporo śniegu, więc o utratę równowagi nie było ciężko…
W sumie naliczyłem około 15 przelotów nad Wildgarstem, więc nie było tak źle 😉 Emocje naprawdę gwarantowane, to, co się tam dzieje, to jest coś niewyobrażalnie zajebistego! Polecam każdemu, jak zresztą całą imprezę 😉

Z faktografii – jeżeli kogoś to interesuje, to z Axalp na Wildgarst jest ok.10km, zaś przewyższenie wynosi +/- 1450 metrów. Podejście na Hinterbirg i droga do przełęczy Wart to przy bardziej zimowych warunkach jedynie lód i śnieg, więc warto brać to pod uwagę planując wejście tam. Jeżeli ktoś wychodzi w nocy i idzie tempem bardzo spokojnym – tj. 6-8h, to przejaśniać zacznie się dopiero podczas wejścia na Hinterbirg (ok. 2600 metrów, a więc już prawie na szczycie).

Acha, Krzysiu dotarł w końcu, ale z godzinę po mnie 🙂

 

There are no comments